Karina Michałek zostaje w Bydgoszczy

Cały czas w mocnym treningu. Pod okiem męża!

Karina Michałek jest kolejną zawodniczką (po Elżbiecie Międzik), która w nowym sezonie grać będzie w drużynie KS Basket 25 Bydgoszcz (przypomnijmy, że pod taką nazwą zespół zgłoszony został do rozgrywek ekstraklasy kobiet).

– Po przedwczesnym zakończeniu poprzedniego sezonu spokojnie czekałam na rozwój sytuacji, miałam bowiem ciągle obowiązujący dwuletni kontrakt. Właściwie nawet nie próbowałam szukać innego pracodawcy. Bydgoszcz jest moim rodzinnym miastem i tu czuję się najlepiej – wyjaśniła.

Urodzona w 1993 roku w Bydgoszczy koszykarka najlepiej czuje się na pozycjach 2-3, choć w czasie kariery, zwłaszcza w okresie juniorskim przymierzana była do „jedynki”. Pierwsze kroki na parkiecie stawiała w UKS Błękitny Delfin (trener Tomasz Jankowski).

Jak to się stało, że trafiła do koszykówki?

– Od najmłodszych lat uwielbiałam sport. Trenowałam biegi, próbowałam też swoich sił w kajakarstwie. I właśnie podczas zawodów biegowych na Zawiszy dostrzegł mnie trener Tomasz Jankowski i zaproponował zajęcie się basketem. Stało się to bodaj w trzeciej klasie szkoły podstawowej.

W I klasie gimnazjum przeniosła się do Basketu 25, do trenera Piotra Kulpekszy. Od sezonu 2010/2011 regularnie pojawiała się w składzie ekstraklasowej drużyny, była też liderką zespołu Basket 25, gdy ten występował w I lidze (drugi poziom rozgrywek).

Jej kariera rozwijała się powoli. Nie można powiedzieć, że jej talent eksplodował, systematycznie jednak rozwijała swoje umiejętności. Jej statystki do roku 2017, kiedy to przeniosła się do Ślęzy Wrocław (o tym za chwilę) nie były może imponujące, ale usprawiedliwiał ją młody wiek i fakt, że musiała rywalizować często ze znacznie starszymi i bardziej doświadczonymi rywalkami.

W pierwszych dwóch sezonach w BLK przebywała na boisku średnio około 12 minut, w następnych ten czas się wyraźnie zmniejszył (4-5 min), ale należy pamiętać, że w 2012 r. trener Tomasz Herkt, który został pierwszym szkoleniowcem w klubie, zbudował silny skład (sezon skończył się zdobyciem brązowego medalu mistrzostw Polski; potem były kolejne krążki) i Karinie Szybale (to jej panieńskie nazwisko) trudno było ugrać coś więcej.

Nie ma więc co się dziwić, że gdy w 2017 r. pojawiła się oferta ze Ślęzy Wrocław mimo wielu wahań, postanowiła skorzystać z okazji i zmienić klimat.

– Nie ukrywam, że ciężko było podjąć decyzję  o opuszczeniu Bydgoszczy. Jednak przejście do Ślęzy to dla mnie krok naprzód w karierze. Chcę udowodnić, że na boisku jestem walczakiem – mówiła wówczas.

Z kolei ówczesny trener wrocławianek, Arkadiusz Rusin, tak widział jej rolę w prowadzonej przez siebie ekipy:

– Wybrałem Karinę do zespołu, bo wpasowuje się w koncepcję naszej gry obronnej.

I rzeczywiście. We Wrocławiu w sezonie 2017/2018 jej statystyki znacząco skoczyły. Szybko trafiła do pierwszej piątki i w połowie spotkań Ślęzy w BLK rozpoczynała w wyjściowym składzie. W ciągu średnio 21 min zdobywała 6,2 pkt.

Po zakończeniu rozgrywek Arkadiusz Rusin tak ocenił swoją podopieczną:

– Nie zawsze było kolorowo, nie tak, jak byśmy chcieli, ale mimo to Karina wytrzymała presję i w końcówce sezonu była ważną postacią drużyny.

Kolejny sezon 2018/2019 w Ślęzie był już nieco gorszy, jeśli chodzi o indywidualne osiągnięcia – śr. 18,4 min, 3,4 pkt, choć ciągle doceniana była jako agresywna defensorka. Pamiętają to kibice, gdy w spotkaniach z Artego mocno utrudniała życie rozgrywającej Julie McBride, niemal wyłączając ją z gry.

W tej sytuacji po dwóch latach postanowiła wrócić na stare śmieci.

– Weszłam do sali i poczułam się, jak u siebie. Zawodniczki będą nowe, ale poza tym wszystko jest tak samo. Trener Tomasz Herkt jest znany z dobrej gry w obronie jego zespołów i chcę w tym aspekcie bardzo dużo pomóc – powiedziała wówczas.

Przerwany przez pandemię sezon 2019/2020 był bodaj najlepszy w jej karierze, choć dla znanej z wielkiej ambicji koszykarki pozostawił mimo wszystko niewielki niedosyt. Wystąpiła we wszystkich 21 spotkaniach (śr. 19,53 min, 6,0 pkt), pokazując przede wszystkim swoja mocną broń – rzuty dystansowe. W efekcie w całym sezonie uzyskała 50-procentową skuteczność za trzy (27/54) i w tym elemencie razem z koleżanką klubową Elżbietą Międzik była najlepsza w całej ekstraklasie.

Dwa pojedynki pozostaną zapewne na dłużej w jej (i naszej) pamięci. 7 grudnia 2019 r. Artego pokonało na wyjeździe AZS Uniwersytet Gdański 75:59, Michałek oddała cztery rzuty, wszystkie zza linii 6,75 m, i wszystkie trafiła.

Z kolei 29 lutego 2020 r. w Artego Arenie w spotkaniu 19 kolejki z AZS Gorzów wykazała się wyjątkowym opanowaniem i zimną krwią. W samej końcówce trener jej zaufał i nie zawiódł się. Na 1,19 min przed końcem goście prowadzili 82:79. Gdy pozostało już tylko 55 sekund Karina celnie przymierzyła z dystansu (82:82), a gdy na zegarze było 8 sekund zdobyła decydujące o wygranej 2 „oczka”.

Michałek ma na swoim koncie też sukcesy w drużynach młodzieżowych. Największym jest niewątpliwie mistrzostwo Polski U-18 Basketu 25 Bydgoszcz wywalczone w 2011 roku (trenerem był Piotr Kulpeksza) na turnieju finałowym w Gorzowie. Michałek była jedną z liderek tej ekipy. Wystąpiła w czterech meczach, zdobywając łącznie 53 pkt.

Ma za sobą także występy w reprezentacjach Polski U-18 (6. miejsce na mistrzostwach Europy, śr. 4,2 pkt) oraz U-20 (12. lokata, 23 pkt).

Jak nam powiedziała, cały czas intensywnie przygotowuje się do rozgrywek.

– Zaraz po zakończeniu poprzedniego sezonu razem z moim mężem (też koszykarzem, obecnie II-ligowej Noteci Inowrocław – dop. T.N.) kontynuowaliśmy treningi w siłowni w hali „Łuczniczka”. Szybko jednak, ze względu na pandemię koronawirusa, została zamknięta. Mimo tego nie załamaliśmy rąk. Mąż oprócz tego, że jest czynnym zawodnikiem, jest także trenerem personalnym. Mieszkamy w kamienicy w centrum Bydgoszczy i na podwórku zbudowaliśmy sami własną siłownię. Było z tym trochę korowodów, bo w tym czasie trwał remont kilku mieszkań i gruz po pracach budowlanych wyrzucany był właśnie na to podwórko. Musieliśmy więc rozpocząć od sprzątania tego całego bałaganu. Cały czas pracuję pod okiem męża i według opracowanego przez niego programu. A z naszej siłowni korzystają też, między innymi, niektóre moje koleżanki klubowe, jak na przykład Edyta Faleńczyk. W sumie to od zamknięcia ligowej rywalizacji miałam może tylko tydzień prawdziwego urlopu – kończy Michałek.

Tadeusz Nadolski